Dune fairytales

środa, 27 marca 2013

Pyrkon 2013 by Chani


Nastała środa, Pyrkon 2013 zakończył się trzy dni temu, najwyższy więc czas, by coś o nim napisać. A jest o czym! Przed tygodniem zastanawiałam się, czy tym razem przybędzie na poznański festiwal fantastyki więcej osób, niż w 2012. Wówczas było ich sześć i pół tysiąca. Organizatorzy postawili sobie poprzeczkę bardzo wysoko, a liczyli, że tym razem na Pyrkonie zjawi się około dziesięciu tysięcy fanów fantastyki. Dziesięciu? Hmm … Przez teren Międzynarodowych Targów Poznańskich przewinęło się przez te trzy dni ponad dwanaście tysięcy uczestników największego w Polsce konwentu!
Początki nie były łatwe. Już w piątek pojawiło się tylu chętnym, by się akredytować, że nie wytrzymały serwery. Kolejka wydłużała się, zakręcała, znów wydłużała i zakręcała w innym kierunku, a jednak nie przesuwała przez długi czas do przodu. Serwery nie działały, kasy nie obsługiwały, akredytacji nie wydawano i nikt nie mógł się dostać do środka. Przegapiłam dwie prelekcje i cieszę się, że przypadkiem żadnej z nich nie prowadziłam, bo byłoby mi strasznie wstyd… choć nie byłaby to przecież moja wina. Stanie w trzygodzinnej kolejce przypominało mi nieco grę „Kolejka”, w którą namiętnie gramy ostatnio z Mężem i znajomymi. Gra jednak mniej irytuje, nawet, gdy się ja przegrywa. W końcu jednak udało nam się dotrzeć do środka, od razu spotkać kilka znajomych osób i humorem się poprawił.
Na żywo bowiem człowiek ma pełną świadomość, że traci punkty programu, a to już nie jest za fajne. Tak – początki nie były łatwe i przyjemne.
To wiadomości obiektywne, teraz kilka (naście tysięcy?) słów ode mnie, czyli subiektywna wizja Pyrkonu 2013 by Chani.
Jak zwykle u mnie – od szczegółu (czyli omówienia konkretnych prelekcji, paneli itd.) do ogółu) czyli podsumowania Pyry jako całości).
Zamiany, przeniesienia, erraty do programu i tym podobne sprawiły, że pani Cherezińska spóźniła się nieco na swoją prelekcję o micie berserka, nadrobiła jednak szybko – zarówno profesjonalnymi opowieściami, jak i żywiołowością, przemiłym podejściem do swych czytelników i humorem. Bardzo mile wspominam ten punkt programu, szczególnie, że udało mi się od niej dostać autograf z dedykacją w „Koronie śniegu i krwi”. Pani Elżbieto, bardzo dziękuję!
„Prawda życia a prawda książkowa – Superbohaterowie Średniowiecza” to wykład dra Michała Sołtysiaka. Ciekawy, bardzo spodobała mi się jego przekrojowość i zupełnie nowe spojrzenie na temat. Świetny kontakt prowadzącego z publicznością również bardzo pomagał, choć czasami nie byłam pewna, czy rzeczywiście mówi o tym, jak średniowieczni ludzie postrzegali omawiane postaci, czy może sobie jedynie żartuje. Tak, czy siak – inspirująca godzina, która dała mi sporo do myślenia. Szkoda, że nie udało się uruchomić projektora – mam więc nadzieję na powtórkę na jakimś kolejnym konwencie – tym razem z działającym sprzętem i zdjęciami, które przygotował dla nas Michał Sołtysiak.
 „Fantastyka i polityka: strzeżcie się naprawiaczy światów” – prelekcja Piotra Gociek nie urzekła mnie specjalnie, choć poddała kilka ciekawych myśli. Szkoda, że prowadzący miał taki kiepski kontakt z widownią – miałam wrażenie, że zupełnie nie reaguje na głosy z sali, a na pytania niby odpowiada, ale właściwie to nie. Mimo to jednak chętnie przeczytam pewnego dnia jego książkę pod tytułem „Demokrator”.
Spotkanie z Anetą Jankowską okazało się strzałem w dziesiątkę – szczególnie jako rozbudzenie o niezbyt wczesnej już porze. „Mroczni po mamie, cyniczni po tacie – o bohaterach i bohaterkach Urban Fantasy” to zabawna, rzeczowa i fantastycznie doprawdy opowiedziana historia o tym, czym się charakteryzują postaci tego – obecnie coraz popularniejszego – gatunku. Autorka genialnie prowadziła prelekcję – czułam się, jakbym czytała rewelacyjnie napisaną powieść. Z pewnością pojawię się na jej kolejnych prelekcjach, jeśli się takowe w programie następnych konwentów znajdą.
Na koniec piątku powędrowałam na panel, na którym próbowano odpowiedzieć na pytanie „Kto jeszcze pisze opowiadania?”. Dające do myślenia różne spojrzenia autorów, którzy zajmują się zarówno krótką, jak i dłuższa formą było rzeczywiście idealne na piątkową wczesną noc.
Sobotę rozpoczęłam od półtoragodzinnych warsztatów z agencją literacką Ekstensa. Bardzo ciekawe doświadczenie i kilka szokujących opinii, które padły z sali. Mam teraz nad czym dumać przy pracy nad warsztatem. Nie rozumiem jedynie, po co właściwie podzielono nas na grupy, skoro jedynym zadaniem, które w nich wykonywaliśmy było wymyślenie 3-5 alternatywnych tytułów dla „Władcy Pierścieni”. Pomijając to – warsztaty były naprawdę świetnie poprowadzone i cieszy mnie, że prowadzące chętnie udzielały głos każdemu, kto chciał się wypowiedzieć i właściwie wszyscy rozmawiali ze sobą, a nie jedynie słuchali nudnego monologu zza biurka. To ogromny plus – ponieważ dzięki takiej opcji można poznać punkt widzenia różnych piszących osób i… zastanowić się, co tak naprawdę jest najlepsze dla mnie! Było warto wstać tak wcześnie, by dojechać tam na 8:30.
„Szklane bomby i zatrute sztylety – terroryzm w dawnej Polsce” – przezabawne, ale bardzo profesjonalne omówienie tematu przez Andrzeja Sawickiego rozbudziłoby w ten zimny sobotni poranek chyba każdego. Ilość wiadomości, którą się z nami podzielił oraz sposób jego wypowiedzi, wspaniały humor mimo nieprzyzwoitej pory i paskudnej pogody – nieocenione. Można teraz budować kryminalne wątki na naprawdę świetnej bazie merytorycznej.
„Wiktoriańscy supermani, czyli od kapitana Cooka do kapitana Ameryki” to moje trzecie już spotkanie z Adamem Godlewskim. Pretekst do omówienia różnych postaw bohaterów i tego, kogo tak naprawdę uważano w danym okresie za herosa. Zupełnie nietypowe podejście do tematu, bardzo dobrze przygotowana prezentacja multimedialna, rozległa i dogłębna znajomość omawianego tematu – same atuty. Dobrze, że tym razem rzutnik zadziałał, ponieważ był właściwie niezbędny, by móc odpowiednio docenić pracę, którą wykonał WTF Apoc.
„Habemus papam czyli o wizjach papiestwa w fantastyce” to kolejny fascynujący panel. Wzięli w nim udział Lech Jęczmyk, Marek Huberath, Maciej Parowski i Wojciech Szyda. Temat przeciekawy, szczególnie w związku z ostatnimi wydarzeniami w Watykanie, nadto znakomity dobór prelegentów. Rzeczywiście rozwinęła się bardzo zajmująca dyskusja, włączała się w nią również czasami publiczność, poddając nowe spojrzenie na omawiany temat, zadając intrygujące pytania. Wynotowałam sobie kilka pozycji, do których z pewnością będę chciała zajrzeć – chyba nawet w najbliższym czasie. Oby takich punktów programu było więcej.
Panel pod tytułem „Po co pisać mądre książki” nie zachwycił mnie, jeśli mam być naprawdę szczera. Właściwie nie udało się nawet dojść do porozumienia, czym tak naprawdę jest mądra książka. Cóż – niewielka przerwa pomiędzy genialnymi punktami programu.
Sporo ciekawych pomysłów i tematów do rozważenia poddał na prelekcji „Jak zbudować fantastyczne uniwersum na potrzeby prozy lub gry” Tomasz Kołodziejczak. Szkoda, że nie udało się przeprowadzić ćwiczeń – jak było to zamierzeniem prelegenta. Jednak liczba osób zainteresowanych tematem okazała się zbyt wielka, by było to możliwe. Tak więc sporo teorii, która może ciekawie zaowocować w kolejnych utworach.
W porze herbatki pojawiłam się na spotkaniu z Lechem Jęczmykiem. „Nowe Średniowiecze” – dla mnie już po raz drugi – to fascynująca godzina poruszająca dziesiątki frapujących tematów na czasie… w odniesieniu oczywiście do fantastów, choć nie tylko. Mogę z czystym sercem polecić każdemu, kto będzie się nad tym punktem programu zastanawiał kolejnym razem. „Nowe średniowiecze” to spotkanie, na które powinien zajrzeć każdy inteligentny człowiek, który chce patrzeć na świat inaczej niż tzw. szara masa.
Cudowny, miły dla ucha, uspokajający, a jednocześnie przecież dodający energii koncert na wczesnej harfie celtyckiej – to oczywiście „Legendy inaczej” w wykonaniu Basi „Maskotki” Karlik. Jak zwykle byłam zauroczona i nie mogę się doczekać tak rozstrzygnięcia rozpisanego przez nią konkursu, jak i wydania kolejnej płyty. Szkoda jedynie, że koncert odbywał się obok bufetu (tzn. tam umieszczono scenę), ponieważ nie można było w stu procentach odpłynąć przy odgłosach pięknego instrumentu i równie ślicznej Basi – jednak zgiełk rozmów i kolejki ludzi oczekujących na podwieczorek i piwo przeszkadzały w odbiorze koncertu.
„Co tak naprawdę wiemy o przedwojennej Polsce?”. Cóż, wydawało mi się, że wiem całkiem sporo. Okazało się, że jestem w błędzie i… bardzo mnie to cieszy. Dostrzegłam, jak wiele jest jeszcze fascynującej wiedzy, której nie posiadam, a którą dane mi było musnąć dzięki prelekcji Piotra Gibowskiego. Naszpikowana ciekawostkami prezentacja i konkurs, w którym okazało się, że nie tylko moja wiedza na temat międzywojnia nie jest dostatecznie dobra. Daje do myślenia!
„Miecze Europy”… Jaka szkoda, że ta prelekcja nie trwała dwie godziny. Albo nawet i trzy. Chętnie więcej bym posłuchała, chętnie więcej zobaczyła, więcej się dowiedziała. Ledwie musnęliśmy temat, a już czas gonił. Szkoda, ponieważ było doprawdy zacnie. Nie tylko prowadzący mówił interesująco, nie tylko prezentacja multimedialna była dobrze przygotowana, ale te miecze, które leżały na biurku, które demonstrował… które można było zobaczyć z tak bliska, a nawet dotknąć. Jeśli Igor Górewicz jakimś dziwnym zrządzeniem losu, przeczyta ten tekst, mam do niego prośbę – dwugodzinna powtórka na tegorocznym Polconie to będzie dokładnie to, czego mi trzeba!
Największy konwentowy zawód w mojej subiektywnej opinii to „Fantastyka wikińskiej Skandynawii”. Szkoda… choć przynajmniej udało mi się chwilę kimnąć, ale wolałabym ciekawą prelekcję, która przeniosła by mnie do tajemniczego świata sprzed wieków, niż kilka minut – i tak niespokojnego – snu.
Spotkanie z redakcją „Coś na Progu” było wyjątkowe. Przedstawiono nam nie tylko najbliższe plany wydawnictwa Dobre Historie, które to plany są doprawdy imponujące, ale poczęstowano również przepysznym tortem urodzinowym. Redakcja bowiem właśnie obchodziła pierwsze urodziny. Tort także był nietuzinkowy – zamiast lukru, kremu i owoców składał się z książek, gier i kolejnych numerów czasopisma „Coś na Progu”. Można było „zgarnąć” naprawdę świetne fanty, słuchając o tym, jak marzenia trójki założycieli spełniają się dzień po dniu i jak tworzy się fantastyczne pismo na polskim rynku. Wspaniałe prawie-zakończenie wieczoru!
„(bez)Pańska armia Boga” to spojrzenie na anielski wątek w literaturze fantastycznej na podstawie prozy Kossakowskiej i Ćwieka. Kilka interesujących pytań się pojawiło, jednak miałam wrażenie, że prelegent średnio się do tego przygotował. Może jednak to późna pora i fakt, że nawet nie poinformowano go o tym, że jego prelekcja została przeniesiona na wcześniejszą godzinę, niż wcześniej ustalono były powodem jego „zagubienia”. Tak, czy siak – nie żałuję, że na prelekcji zostałam – rzeczywiście, gdyby pora była stosowniejsza – z pewnością dyskusja rozwinęłaby się bardziej i powędrowała na ciekawe tory. Pozostaną jednak w pamięci zadane pytania.
Niedzielny poranek okazał się… niefantastyczny. Dziewiąta rano – trzeci dzień konwentu. Aula, całkiem sporo ludzi, jak na tak nieprzyzwoitą porę. Ok – prelegentka na samym początku zaznacza, że to jej pierwsze wystąpienie i może nie wyjść najlepiej, wszyscy chyba jednak wierzą, że jakoś to będzie. W końcu temat taki wdzięczny: „Czarownice, przeklęci książęta, złośliwe skrzaty – legendy obszaru zachodniopomorskiego”. Niestety, stres prelegentkę zżarł do tego stopnia, że opuściła salę po piętnastu minutach. Na domiar złego, kolejna prelekcja – o motywach orientalnych w fantastyce – w ogóle się nie odbyła. Oj, żal tych dwóch godzin, które można było przespać…
„Alchemicy – oszuści czy pierwsi naukowcy?” – sala wypełniona po brzegi, nie ma czym oddychać. Ludzie tłoczą się w drzwiach, siedzą dziesiątkami na podłodze. Masakra! Prelekcja natomiast bardziej mnie nudzi, niż porywa i smutno mi jakoś, że może powinnam była dołączyć do Męża i posłuchać o miasteczku Haven. Zbyt szkolne to było, przynajmniej dla mnie.
„Z życia gwiazd: Mario, najlepiej zarabiający hydraulik świata” przynajmniej mnie rozbawił i przypomniał młodość (choć w Mario gram do dzisiaj i nadal mnie ta gra porywa). Piotr Materzok przyłożył się do wystąpienia i przygotował rewelacyjną prezentację, do tego wiedział doskonale, o czym mówi i widać było, że go to fascynuje. Cieszę się, że tam dotarłam. Właściwie to jedyny punkt programu, z którego byłam w niedzielę zadowolona.
Ostatni dzwonek – „Rozrywki średniowiecza” i dla mnie koniec konwentu. Jakby powtórka ze studiów, jedna informacja mnie zadziwiła i była dla mnie nowością. Liczyłam na coś zupełnie innego, to chyba jednak nie wina prowadzącego. Postawił sprawę jasno od samego początku. Mówił o tym, o czym chcieli słyszeć zgromadzeni tłumnie na sali. Oni natomiast mieli ochotę dowiedzieć się tego, co dla mnie od lat już jest znane. Ogólnie – niedziela była najgorszym z tych trzech dni.
To tyle ze szczegółów, hehe.
Teraz kilka ogółów. Jak wspominałam – tysiące ludzi na Pyrkonie. Jeszcze więcej budynków niż w 2012 roku, jeszcze więcej stoisk. Promocje, obniżki cen, kupony różnorakie. Organizatorzy rzeczywiście o nas dbają. Ponad osiemset godzin programu, w którym każdy znalazłby coś dla siebie. Myślę, że każdy wyjechał z Poznania (czy też do domu w Poznaniu) zadowolony z tych trzech dni. Jedynie początki były trudne.
Wspomnienia? Mnóstwo. Nowości? Ogrom. Coś do przemyślenia? O, tak. Coś do doczytania? Oczywiście. Pomysły? Jak najbardziej. Fanty zebrane? Jasne. Oczekiwania na kolejny konwent? Bez wątpienia. Jestem naładowana pozytywną energią i dziękuję wszystkim, którzy przyłożyli się do zorganizowania mi tak wspaniałego weekendu. Jesteście the best!






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz