wtorek, 23 grudnia 2014
środa, 10 grudnia 2014
Malarz, pisarz, marzyciel. W ciągłej podróży z ziemi polskiej do włoskiej, czyli Bruno Wioska o sobie słów kilka
Witam.
Zacznijmy klasycznie, czyli od
początku. Kiedy zaczął Pan pisać?
Chciałem
pisać mając kilka lat. A próbowałem mając może 15 lat. Były to wiersze.
Wysłałem je do Tygodnika w Krakowie, chyba nazywał się „Literatura”, i byłem
bardzo dumny, gdy moje nazwisko ukazało się w poczcie z dopiskiem... „Nie
skorzystamy”. I tak już zostało do dzisiaj z tą różnicą, że najczęściej nie
dostaję z wydawnictw odpowiedzi. Potem były próby na studiach, do gazetki
studenckiej. Były to wywiady z rokującymi nadzieję studentami. W sumie były 3.
Jak pokazało życie, miałem nosa... Dzisiaj są znanymi artystami. Gazeta... nie
ukazała się nigdy. Ale pierwsze książki, już poważniej potraktowane, powstały w
ostatnich latach.
Co jest największym atutem książek
Pana autorstwa?
Staram
się w bardzo delikatny sposób, by nie zanudzić czytelnika, wpleść informacje o
sztuce, historii i jakieś ciekawostki dotyczące miejsc lub interesujących osób
związanych z danym miejscem. Chciałbym by moje książki nie tylko z
zainteresowaniem się czytało, ale by pozostawiły ślady wiedzy i zachęciły do
pogłębienia wiadomości. Duże znaczenie dla mnie ma także sposób widzenia, który
wyniosłem studiując malarstwo. Nauczyłem się analizować zjawiska i syntetycznie
je pokazywać. Ja widzę obrazami, dlatego, jak zauważyli moi przyjaciele z
branży teatralnej czy filmowej, moje powieści są dobrym materiałem na film.
Może
wreszcie zabiorę się za zrobienie powieści w formie typograficznej. Czyli z
interesującą szatą graficzną, powiązaną z tekstem i ilustracjami. Takich
książek nie widuje się ostatnio na rynku. Może zrobię to z „Tajemnicą komnaty
Sybilli”?
Kiedy znajduje Pan czas na pisanie?
Nie
jestem zawodowym pisarzem, więc gdy mam materiał źródłowy to najchętniej piszę
wieczorem. A także, gdy zmęczony malowaniem, siadam do komputera i udaję się w
krainę wyobraźni. Pisanie jest po malarstwie jak gdyby drugim filarem, na
którym buduję moje życie. Bardzo ważnym elementem jest poparcie mojej żony w
tym co robię. Bez tego nie mógłbym malować czy pisać.
Pisanie
pozwala mi zapomnieć o wszystkim, żyję tym, o czym piszę. Gdy znajduję się w
procesie pisania, przenoszę się w mój świat fantazji. Samo pisanie zajmuje mi
niezbyt wiele czasu w porównaniu z późniejszymi poprawkami, niekończącymi się
korektami... „Wir Leonarda da Vinci”, pierwsza książka jaką wydałem, napisałem
w półtora miesiąca łącznie z poprawkami. Dzisiaj wiem, że było to zbyt
pochopne. W dwa tygodnie przerobiłem książkę na scenariusz filmowy. Myślę, że
jest bardziej dopracowany niż książka.
Co
jest największym paliwem, które napędza Pana do pisania?
Chyba
podróże. Gdy wróciłem z mojej podróży rowerowej po Francji, dopiero wtedy
zrozumiałem, że podróże kształcą. Wcześniej był to slogan bez znaczenia. Dzięki
nim zsynchronizowałem w czasie historię powszechną z historią sztuki. Nagle
stało się to dla mnie jasne – dzięki skojarzeniom daty i wieki nie stanowiły
już dla mnie problemu.
Naturalnie,
to co oglądałem nie dokształciło mnie zbyt wiele, w dużej mierze to wszystko co
widziałem, znałem z historii sztuki, ale stało się to realnym. Po powrocie
sięgnąłem do bogatszych źródeł i uzupełniłem moją wiedzę. W tej chwili Internet
bardzo pomaga w szukaniu materiałów, wcześnie musiałem jeździć do biblioteki i
szperać w książkach lub kupować te, które mogłyby mi się przydać.
Co
Pana inspiruje? Powoduje, że siada Pan i pisze?
Na
pewno wspomnienia i przeżycia. Książki powstają przypadkowo, zainspirowane jakimiś
okolicznościami lub skojarzeniami. Zapisuję to. Mam kilka zaczętych
książek-pomysłów, które czekają na swój czas.
Powoduje
mną wewnętrzna potrzeba wypowiadania się, podzielenia się z kimś moimi
przeżyciami. Poza tym pisanie jest ucieczką od problemów rzeczywistości. Pisząc
przenoszę się w inne czasy, środowiska, obcuję z dowolnie wybranymi
postaciami... żyję tamtym fantazyjnym życiem. Czasem powrót do rzeczywistości
jest trudny...
Pierwsze
moje opowiadanie było autentyczną i w sumie zabawną historią, która mi się
przydarzyła. Choć w rzeczywistości, wtedy nie było nam z żoną do śmiechu. Cały
tomik tych opowiadań czeka na opracowanie i wydanie i nosi roboczy tytuł „Niesamowite
i erotyczne przygody niejakiego Kowalika”. Potem pisanie pochłonęło mnie i
stało się pasją.
Jest
Pan malarzem, pisarzem, interesuje się Pan historią i… jeździ na rowerze… Skąd
takie pasje i jak wpływają na Pańską twórczość?
Mój
ojciec był skrzypkiem i grał także na fagocie w katowickiej filharmonii. Zmarł,
gdy miałem rok. Na naukę muzyki potrzeba było pieniędzy, których moja mama
wtedy nie miała. Z całą rodziną mieszkaliśmy w dwupiętrowym rodzinnym domu. Mój
starszy kuzyn dobrze rysował, zazdrościłem mu zawsze tych umiejętności. Miałem
wiele kuzynek i kuzynów... ja byłem najmłodszym i dla nich byłem zbyt małym, by
cokolwiek potrafić zrobić. Starałem się im dorównać, by móc się z nimi
bawić. Tylko po to, by mnie
zaakceptowali robiłem coś, czego taki brzdąc nie mógł zrobić. Może na ten temat
napiszę kiedyś książkę, wspomnienia z dzieciństwa, które miałem ubogie
materialnie, ale bardzo bogate duchowo. Moje wnuki nie mogą sobie wyobrazić,
jak żyliśmy bez obecnej techniki.
Przed
paroma laty już ją właściwie napisałem, ale twardy dysk, na którym była
zapisana, uległ zniszczeniu. Chyba była źle napisana, bo inaczej tak by się nie
stało. Ale całość odtworzę teraz z łatwością i na pewno napiszę już lepiej niż
wtedy.
Ponieważ
ze względów finansowych nie mogłem uprawiać muzyki, więc robiłem małe figurki z
plasteliny. Marzyłem by iść do liceum plastycznego... Ale rodzina, pragmatyczni
wujkowie wpłynęli ma mamę i ulegając namowom, poszedłem do szkoły zawodowej. W
ciągu niespełna dwóch lat przeczytałem wszystkie książki z biblioteki. Nudząc
się na lekcjach, rysowałem. Od tego czasu zacząłem poważnie myśleć o studiach
plastycznych. Ale na razie zostałem mechanikiem samochodowym. By zdawać egzamin
na ASP musiałem jednak najpierw zrobić maturę... Robiłem ją w technikum
chemicznym. Tam miałem szczęście trafić na dyrektora, który chciał być artystą...
Wiele godzin spędzaliśmy w jego gabinecie na rozmowach o sztuce, nawet często
wzywał mnie w czasie lekcji do siebie. Dużo zawdzięczam temu Panu. Dopisało mi
szczęście, zdałem na studia do Krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Były
jeszcze marzenia o reżyserii na szkole filmowej... Ale lata na ASP to były
jedne z piękniejszych moich lat w życiu.
Interesowałem
się sztuką i jej historią. Historii powszechnej nie lubiłem. Uważałem ją za
zbyt nudną. Te zainteresowania przyszły w trakcie pisania. Uważam, że gdyby
historię powszechną podano w inny sposób, była by na pewno najbardziej lubianą
nauką. A rower... Myślę, że wszyscy lubią jeździć na rowerze. Zalety tej
podróży doceniłem nad Loarą, gdy już z daleka, wolno zbliżając się, mogłem
podziwiać interesujące pałace czy zamki. Podróż samochodem nie daje możliwości
dogłębnego poznania. Wszytko toczy się zbyt szybko i pole widzenia jest
ograniczone. Tę pasję opisałem w „Rowerem na koniec świata”.
Myślę,
że na moje malarstwo jak i na pisanie miało wpływ wszystko, co w życiu robiłem.
Zbierałem doświadczenia, jak się wydawało zupełnie niepowiązane ze sobą, które
teraz układają się jak paciorki różańca w całość.
Jaką literaturę najbardziej lubi Pan czytać i dlaczego?
Kiedyś
czytałem poznawczo. Literaturę Ameryki Północnej, potem europejską... rosyjską,
potem próbowałem Ameryki Południowej. Ta nie odpowiada mi zupełnie. Nie
zastanawiałem się nigdy, dlaczego. W wieku 40 lat przeczytałem ponownie
wszystkie lektury szkolne. „Pana Tadeusza” kilkukrotnie. Za każdym razem
znajdowałem ten utwór jako bardzo dowcipnie napisany.
Był
czas Jasienicy, Umberto Eco, Ken Folletta i wielu innych.
Z
książek, które mi głęboko utkwiły to Romaina Rollanda „Colas Bregnon”, nagroda Nobla chyba z roku 1910, na pewno
Aleksander Dumas z wieloma książkami i Sienkiweicz.
Lubię
czytać biografie i książki historyczne, ale zaglądam także do podręczników
historii, czy historii sztuki, filozofii lub z dziedziny symboliki czy magii...
tej prawdziwej, nic wspólnego nie mającej z otrzymywaniem złota, jak się
powszechnie uważa.
Pana
ulubiona książka z dzieciństwa to…
Pierwszą
książką to był na pewno „Elementarz”. Nie mogłem się doczekać, gdy pójdę do
szkoły... bo moi kuzyni umieli już czytać, a ja jako najmłodszy jeszcze nie.
Bywało, że wkradałem się na lekcje do klasy o rok starszej kuzynki, z których,
ku uciesze klasy, oczywiście mnie wyrzucano.
Potem,
chyba nietypowo, bo była książka dziś nieznanego autora Józefa Bieniasza, „Edukacja Józia Barącza”. Z Józiem
mogłem się utożsamić i ta książka zdopingowała mnie do zdobywania wiedzy i
dobrego zachowania. A z książek innych to „Tajemniczy ogród” Frances Hodson Burnett, „Alicja w krainie czarów”, Lewisa
Carrolla.
Ulubiona
książka własnego autorstwa to…
Zdecydowanie
„3 powrót”. To książka, za którą kryje się wiele przemyśleń, wiele badanych
źródeł i przede wszystkim włożyłem w nią bardzo wiele pracy. To książka o
reinkarnacji i Saint Germainie, także bohaterze książek takich autorów jak
Umberto Eco czy James Joyce i innych. I ciągle siedzę nad nią i dopracowuję. Trochę
z tej książki przeniknęło do „Tajemnice
komnaty Sybilli”, w której jest mowa o dwoistości życia. Życiu realnym,
a także tym z pogranicza fantazji i snu.
To
może jeszcze ulubiony film.
Chyba
to był „Rzym” Felliniego. Może
także francuski film, chyba nazywał się „Bal”.
Był to film bez dialogów, akcja toczyła się na sali balowej, gdzie pary
tańczyły ten sam taniec, przy zmieniających się dekoracjach, które
symbolizowały upływ czasu. Jeszcze jeden film to „Pieski świat”. Podobają mi się filmy na podstawie powieści
Tolkiena „Władca pierścieni”. Natomiast nie lubię ani książek ani filmów Harry
Potter.
Gdyby
złowił Pan złotą rybkę, to jakie byłyby Pańskie trzy życzenia?
To
trudne pytanie. Pierwsze. Chciałbym być długo zdrowy i kreatywny.
Chciałbym
mieć tyle pieniędzy, by móc odbywać wiele podróży i zabrać ze sobą wszystkich
moich przyjaciół, z którymi mógłbym dzielić się przeżyciami.
Móc
powiedzieć temu światu „żegnaj”, gdy uznam, że już wszystko zrobiłem.
Jest
Pan autorem kilku książek. Przede wszystkim chyba jest Pan jednak malarzem. Z
jakim malarzem najchętniej zjadłby Pan kolacje, gdyby miał taką możliwość (przy
założeniu, że możemy wybierać do woli, także wśród dawno już nieżyjących)?
Bezspornie
byłby to Leonardo da Vinci. Pozwoliłbym mu mówić, zupełnie się nie odzywając.
Choć zdarzyło mi się rozmawiać z nim ustami Kordiana w powieści „Tajemnica
komnaty Sybilli” (poprzedni polski tytuł: „Relatywne spotkania”). Ale książka
ukazała się pod takim tytułem w języku niemieckim i pewnie kiedyś ukaże się po
polsku.
Czy
jest jakiś obraz, który szczególnie Pan lubi, kocha, podziwia? Który w jakiś
sposób odcisnął na Panu swoje piętno?
Chyba
tak, ale to się z biegiem czasu zmienia. W tej chwili jest to może obraz
Leonardo da Vinci, św. Jan Chrzciciel.
Pisze
Pan często o zamkach nad Loarą. Dlaczego właśnie te tereny i te budowle tak
Pana urzekają?
Loara
jest dziwną rzeką. Niepodobną do Wisły czy Renu lub Sekwany. Ma w sobie coś, co
przyciąga, być może dlatego w renesansie wybudowano tam tak wiele wspaniałych
pałaców. Tam działa się cała historia Francji. Podróżując przez te tereny
rowerem, przeżyłem to, co widziałem bardzo mocno. To była bardzo magiczna
jazda. Poza tym renesans jest moim ulubionym stylem. Odpowiedź znajduje się w
maleńkiej książeczce „Rowerem na
koniec świata”.
Mieszka
Pan od lat w Niemczech. W którym języku porozumiewa się Pan na co dzień i jaki
ma to wpływ na Pańską twórczość literacką?
To
zależy od okoliczności. W domu różnie, czasami po polsku, a czasami po
niemiecku. Ale ponieważ mam najwięcej do czynienia z mymi przyjaciółmi
Niemcami, jestem prezesem Stowarzyszenia Ars Porta International, więc to
oczywiste, że mówię po niemiecku. Choć muszę powiedzieć, że przez pierwsze 15
lat mego pobytu nie pisałem nic po polsku i później z trudem przyszło mi to pisanie.
To był właśnie czas, gdy czytałem lektury szkolne.
Poznałam
Pana dzięki książce „Rowerem na koniec świata”, w której opisuje Pan swoją
wycieczkę rowerową po Francji. Była to z pewnością niesamowita podróż. Czy
planuje Pan jeszcze podobne wyjazdy, a jeśli tak, to czy będziemy mogli o nich
przeczytać?
O
tak. Ta podróż była w samej rzeczy interesująca i magiczna. Chętnie wybrałbym
się w podobną, także rowerem. Myślałem już kiedyś o Normandii, Klasztor Saint
Michelle od dawna mnie inspiruje. To są kulisy do dobrej książki. Ale samotnie
to mało interesujące.
Natomiast
zacząłem pisać powieść o mych podróżach do Włoch. Te odbyłem wielokrotnie, ale
pierwszą rowerem, nie takim na pedały, ale samochodem marki Rover. Tytuł
powieści „Z ziemi polskiej do włoskiej”. Wyruszyłem w świat właśnie z Polski i
jestem w podróży...
Co
myśli Pan o współczesnej polskiej literaturze? Jak widzi jej rozwój w
najbliższych latach? Będzie dobrze, czy nie?
Nie
znam zbyt dobrze współczesnej literatury polskiej. To co znam jest mi bardzo
dalekie, nie mogę zgodzić się z brutalizacją i wulgaryzacją języka polskiego.
To jest katastrofa. To świadczy o braku słownictwa. Zastąpienie wielu zwrotów
uniwersalnym wulgaryzmem nie powinno mieścić się w kanonie mowy mówionej
środowisk kulturalnych, nie mówiąc już o pisanej, a przeciek do literatury,
mimo, że mi się to nie podoba, to oddaje stan kultury społeczeństwa polskiego.
Czy
widzi Pan duże różnice pomiędzy rynkiem wydawniczym w Polsce i w Niemczech, a
jeśli tak, to na czym one polegają?
Wydaje
mi się że rynki te niewiele się różnią, jeżeli chodzie o politykę wydawniczą.
Nie można natomiast ich porównać jeżeli chodzi o wielkość. Ale sama liczba mieszkańców
obu krajów mówi sama za siebie. Licząc Austrię i Szwajcarię to jest
czterokrotna różnica.
Dziękuję
bardzo.
Strony,
na które zaprasza Bruno Wioska:
Zapraszam
serdecznie do zapoznania się z recenzjami książek
Brunona
Wioski na Dune Fairytales:
wtorek, 18 listopada 2014
Pojedynkowała się z uczuciami, zapewniała szczęście all inclusive, a teraz ofiaruje nam świąteczny podarunek. Krystyna Mirek o sobie słów kilka
Witam.
Witam ;)
Zacznijmy
klasycznie, czyli od początku. Kiedy zaczęła Pani pisać?
Niedawno. Trzy lata temu na rynku ukazała się
moja pierwsza powieść. Ale proces przygotowawczy zaczął się wiele, wiele lat
wcześniej.
Co
jest największym atutem książek Pani autorstwa?

Kiedy
znajduje Pani czas na pisanie?
To pytanie pojawia się w każdym wywiadzie.
Odpowiedź jest złożona. Najkrótsza to godzinne warsztaty na temat organizacji
czasu, które prowadzę, dzieląc się swoim doświadczeniem w tym zakresie. Zajęłam
się pisaniem, kiedy moje dzieci były już duże, między innymi dlatego tak późno
zaczęłam wydawać. Teraz też pomaga mi rodzina, mąż, mama, córki. Ale sprawa
jest bardziej złożona. Trzeba wiele spraw dopiąć, ułożyć, zorganizować, by
znaleźć odpowiednią ilość godzin na pracę. Bo pisanie to niezwykle czasochłonne
zajęcie. Ale nie bardziej niż wykonywanie innych zawodów. Można to odpowiednio
zaplanować.
Co
jest największym paliwem, które napędza Panią do pisania?
Moje dzieci i czytelnicy. Dają mi mnóstwo wsparcia
i dobrej pozytywnej energii. Dzięki nim czuję, że to co robię, jest potrzebne.
Ważne zarówno w życiu prywatnym, jak i dla czytelników. Piszę właśnie dla nich.
Co
Panią inspiruje? Powoduje, że siada Pani i pisze?
Inspiruje mnie wszystko. Historie płyną dzień i
noc, a szczególnie w nocy. Ostatnio przez sześć miesięcy karmiłam najmłodszego
synka, co dwie godziny całą dobę. Mało spałam. Ilość opowieści, które się wtedy
narodziły starczy na kilka kolejnych lat, a wciąż przybywają nowe. A do pisania
nie trzeba mnie nakłaniać. To także wewnętrzna potrzeba.
Ile
czasu zajęło Panu napisanie „Podarunku”?
Samo pisanie rozumiane jako wstukiwanie tekstu w
komputer sześć miesięcy, ale prace przygotowawcze zaczęły się o wiele wcześniej.
Czasem trudno to policzyć, mam taki zeszyt z projektami i opracowuję je w
wolnych chwilach, bywa że bardzo długo. Rekordzista ma piętnaście lat i właśnie
dostał swoją szansę. Wydawnictwo szukało pewnego pomysłu i okazało się, że ten
bardzo dobrze pasuje. Więc go wyciągnęłam i piszę ;)
Jaką
literaturę najbardziej lubi Pani czytać i dlaczego?
Czytam dwutorowo, tzw. literaturę wysoką np.
Kapuścińskiego, Myśliwskiego, ale także bardzo dużo powieści obyczajowych,
poradników, kolekcjonuję książki kucharskie. Nie ograniczam się gatunkami.
Lubię chodzić między półkami w bibliotece albo księgarni, oglądać różne książki
i wybierać, kierując się wyłącznie impulsem. Czasem w ten sposób znajduję swoje
największe czytelnicze fascynacje.
Pani
ulubiona książka z dzieciństwa to…
,,Dzieci z Bullerbyn” – wracałam do niej
wielokrotnie, ,,Tajemnica zielonej
pieczęci” Hanny Ożogowskiej była tak często czytana, że starła się okładka, ,,Błękitny
zamek” znalazłam przypadkiem i też czytałam wciąż od nowa. Światem moich
pierwszych fascynacji rządził przypadek. Mieszkałam w małej miejscowości, nie
miałam swobodnego dostępu do książek, czytałam wszystko, co udało się zdobyć.
Ulubiona
książka własnego autorstwa to…
Nie ma takiej. Zawsze najbardziej emocjonalnie
związana jestem z tą, która aktualnie powstaje. A te wydane są dla mnie
jednakowo ważne. Każda ma swoją historię powstania, czegoś się dzięki niej
nauczyłam, kogoś poznałam. Wszystkie mają swoją rolę do spełnienia.
Jest
Pani autorką kilku książek. Która z nich cieszy się największym
zainteresowaniem czytelników? Jak Pani myśli, dlaczego właśnie ona?
Do tej pory najlepsze recenzje otrzymywał
,,Pojedynek uczuć”, a najwyżej na listy bestsellerów dotarło ,,Szczęście all
inclusive”. Teraz w recenzjach pojawia się opinia, że najlepszy jest
,,Podarunek”. Ale to kwestia względna, zależna od upodobań czytelniczych,
wieku, sytuacji rodzinnej odbiorcy. Najbardziej cieszę się, że każda powieść ma
swoje grono odbiorców i dobre opinie.
Jest
Pani bardzo pracowita. Poza „Podarunkiem” można teraz kupić również zbiór
opowiadań „Cicha 5”, w którym jest i Pani tekst. Robi się bardzo świątecznie i
klimatycznie. Lubi Pani ten okres w roku?
Bardzo lubię. Nie tylko ze względu na zewnętrzną
otoczkę: tradycję, jedzenie, prezenty, dekoracje, ale także głęboką symbolikę. Celebrujemy
ten czas w naszym domu, choć nie zawsze są to łatwe dni. Nieraz zmagaliśmy się
wtedy z różnymi zmartwieniami. W święta wszystko cieszy bardziej, ale i mocniej
boli, jeśli są jakieś problemy, a one dotykają także moją rodzinę. Mam jednak nadzieję,
że w tym roku będzie dobrze. Już się powoli zaczynam cieszyć.
Prowadzi
Pani fanpage’a i często organizuje różne konkursy. Widzę, że dużo się dzieje,
czytelnicy chętnie uczestniczą w inicjowanych przez Panią aktywnościach. Jak
Pani myśli, czy w dzisiejszych czasach, kiedy duża część życia toczy się w
sieci, autorzy, którzy nie mają takiego kontaktu z czytelnikami mają
jakąkolwiek (a jeśli tak, to jaką?) szansę na to, by zaistnieć na rynku?
Ja na to patrzę trochę z innej strony. Działam w
sieci nie tylko ze względów marketingowych. Lubię kontakt z czytelnikami. Z
tego samego powodu jeżdżę na spotkania. Gdybym miała więcej czasu, pewnie byłabym
jeszcze bardziej aktywna. Myślę, że trudno dzisiaj funkcjonować w sferze
publicznej bez działań internetowych. Ale sądzę, że także współcześnie ktoś
mógłby napisać wielką powieść, nawet nie ujawnić swojego nazwiska i odnieść
sukces. Bo literatura jest nieprzewidywalna. Są prawa, które działają, co nie
oznacza, że nie można ich złamać i stworzyć czegoś wielkiego.
Co w
ogóle myśli Pani o współczesnej polskiej literaturze? Jak widzi jej rozwój w
najbliższych latach? Będzie dobrze, czy nie?
Polska literatura zmienia się na przestrzeni
ostatnich lat. Rośnie w siłę. Jest bardzo różnorodna i ma coraz więcej
zwolenników wśród odbiorców. To czytelnicy właśnie dają jej taką pozycję.
Oczywiście sytuacja nie jest idealna, wiele by można poprawić i wciąż wydawcy
biją czołem przed literaturą tworzoną za granicą, choć poziomem często nie
odbiega od naszej, a bywa i gorsza. Ale wierzę, że idzie ku dobremu. Coraz
więcej mamy dobrych autorów, wydawców chętnych do współpracy i polskich nazwisk
na listach bestsellerów.
Dziękuję
bardzo.
Ja również dziękuję za zaproszenie do rozmowy i
pozdrawiam serdecznie czytelników strony ,,Polacy nie gęsi i swoich autorów
mają” ;)
Zapraszam do zapoznania się z
recenzją najnowszej powieści Krystyny Mirek zatytułowanej „Podarunek”:
czwartek, 13 listopada 2014
Jacek Ostrowski czy Jack Sharp? Autor "Mężczyzny z tatuażem" o sobie słów kilka...
Witam
;)
Dzień dobry.
Zacznijmy
klasycznie, czyli od początku. Kiedy zaczął Pan pisać?

Co
jest największym atutem książek Pana autorstwa?
To jest trudne pytanie. Co dla jednego odbiorcy
jest atutem, to dla drugiego może być wadą. Nigdy wszystkich nie zadowolę.
Zawsze mówię, że książki piszę dla czytelników, bo pisanie dla siebie nie ma
dla mnie sensu. Mogę śmiało powiedzieć, że w moich powieściach mnóstwo się
dzieje i dobrnięcie do ostatniej strony nie jest dla czytelnika wielkim
wyzwaniem. Chcę czytelnikowi dać ciut relaksu, oderwać go od trudów codziennego
życia, pozwolić zapomnieć się na chwilę i przenieść do innej krainy, nieraz
ciut zaczarowanej. „UT”, „Posiadłość w Portovenere” są takimi książkami. Prócz
tego podrzucam skrycie, a innym razem jawnie pewne zagadnienia, informacje
zmuszające odbiorcę do własnych przemyśleń. Staram się, żeby lektura moich
książek to nie był tylko i wyłącznie relaks, ale przy okazji coś jeszcze, jakaś
wartość dodana.
Kiedy
znajduje Pan czas na pisanie?
Z tym różnie bywało. Kiedyś jeden z dziennikarzy
Gazety Wyborczej zatytułował wywiad ze mną „Żona klnie, a ja piszę”, to
trafnie odzwierciedla sytuację pisarza. Coś powstaje czyimś kosztem. Kiedy
piszę nową powieść to wtedy odrywam się od rzeczywistości, żyję tylko książką.
To jest wielkie wyzwanie dla mózgu, trzeba wszystko zaprojektować, zbudować
głównego bohatera, intrygę, zazębiające ją koła, to wszystko musi się kupy
trzymać i ja to muszę mieć w głowie. Nie potrafię pracować z notatkami, cała
powieść jest tylko i wyłącznie w mojej głowie i dopiero wtedy przelewam ją na
papier.
Proszę teraz nie oczekiwać, że przyznam się do
ćpania, picia gorzały, czy do pochłonięcia wywaru z kilograma liści herbaty.
Nic z tego. Nie ma używek, nie ma żadnych dopalaczy. Lubię pukać palcami w
klawiaturę i mam pretekst, bo taka powieść to pół miliona znaków, lub więcej. A
tak już na serio, przecież to jest taka zabawa w pana Boga. Tworzę ludzi, daję
im osobowości, nieraz kieruję nimi niczym marionetkami, jestem panem ich życia
i śmierci. Czy to nie jest piękne? To jest naprawdę super zabawa, a jeszcze
jest piękniej, kiedy w to wszystko wkręcę czytelnika. :)
Co
Pana inspiruje? Powoduje, że siada Pan i pisze?
Oczywiście podstawą jest pomysł. Później wszystko
idzie jak z płatka. Tworzę przysłowiowego Kowalskiego, daję mu duszę i ciało.
Oczekuję od niego czegoś i on ode mnie. Nie mogę go tak zostawić, jestem mu
winien zbudowanie jego historii. Daję mu charakter, lepszy gorszy, ważne, żeby
mieścił się w szablonie, bo kiedy za bardzo wyjdzie poza jego ramy nie będzie
akceptowany przez czytelnika, nie polubi go, bo nie znajdzie w nim cząstki
siebie samego. Teraz Kowalski musi zapracować na siebie. Ja mu tylko pomagam,
nadzoruję jego zachowania, nieraz ustawię do pionu. Jednak wciąż go lubię, bo
jeśli autor przestaje darzyć sympatią swojego bohatera to historia zaczyna kuleć.
To wszystko muszę jak najszybciej utrwalić na papierze i dlatego siadam i
piszę.
Ile
czasu zajęło Panu napisanie „Mężczyzny z tatuażem”?
To było najbardziej zwariowane moje literackie
przedsięwzięcie. Skończyłem pisać „Posiadłość w Portovenere” i doszedłem do
wniosku, że czas spróbować czegoś innego. Romans stanowczo odrzuciłem, pisanie
o miłości to było wbrew mojej naturze. Może napisać powieść sensacyjną? Czemu
nie, to jest jakieś wyzwanie, inna konstrukcja, inne wymagania odnośnie tempa
akcji, to mogło być to. Tak jak zawsze chciałem jednak coś w swojej książce
przekazać, czymś zaciekawić, sprawić to, żeby czytelnik choć na chwile się
zadumał. Kilka dni przemyśleń i zaczęło coś w głowie kiełkować. Miałem
bohatera, mroczne tajemnice Watykanu i nieraz bardzo skomplikowane relacje
niemiecko żydowskie. Teraz wystarczyło to tylko powiązać. „Mężczyzna z
tatuażem” powstała bodajże w miesiąc. Mogę tu pomylić się o kilka dni.
Następnie leżakowała niczym wino około roku i zabrałem się za poprawki. To trwało
około dwóch tygodni.

Faktycznie, kocham film, dobrą muzykę filmową,
nieraz szaleńczą jazdę samochodem i podróże. W filmie urzeka mnie bogactwo
przekazu, od muzyki, poprzez przestrzeń, efekty specjalne, a kończąc na
plastyce postaci. Jazda samochodem podkręca mi adrenalinę do maksimum, to jest
prawdziwy odlot. Podróże zaś wietrzą mój umysł i tworzą miejsce na nowe
pomysły. :) Wracając do filmu, to kilka lat temu napisałem parę scenariuszy,
które być może kiedyś doczekają się realizacji. Nie wiem, skąd się biorą moje
pasje, może ich zalążkiem jest moja niespokojna dusza, pochodzenie, wciąż
szukam nowych wyzwań, staram się realizować w różnych dziedzinach. Proszę mi
wierzyć, trudno byłoby je zliczyć. Ostatnio pasjonuję się architekturą i według
własnego projektu wykonałem skomplikowane konstrukcyjnie schody i nie mniej
zaawansowany technicznie piętrowy taras, wszystko z drewna. Moje pasje wciąż
mnie nakręcają. :)
Jaką
literaturę najbardziej lubi Pan czytać i dlaczego?
Obecnie jedyną literaturą, którą czytam są
instrukcje obsługi urządzeń domowych i często ich nie rozumiem, tyle tam
dziwnych nowych słów. Owszem, do tej pory pochłonąłem mnóstwo powieści, ale
teraz mało czytam. Nie dlatego, że nie mam na to czasu, ale żeby bezwiednie nie
przejąć nawyków innego pisarza. Mam swój styl, ponoć rozpoznawalny i to jest
skarb, który muszę chronić. Odnośnie ulubionych książek to kocham starą
gwardię, czyli Mann, Remarque, Hemingway, Waltari i wielu innych. Z polskich
pisarzy uwielbiam Sienkiewicza, Lema. W książkach Sienkiewicza czuć nawet
zapach ukraińskich stepów, w dziełach Manna, Remarqua, Hemingwaya jest to „coś”,
czego nie widzę u większości współczesnych pisarzy. Wyrosłem na tej
literaturze, ona pomogła mi się ukształtować, pomogła zrozumieć świat. Trudno
jest mi nie napisać kilku słów o Mika Waltari. Jego książki są mi duchowo wyjątkowo
bliskie, a „Egipcjanin Sinuhe” jest według mnie najlepszą książką na temat
starożytnego Egiptu.
Pana
ulubiona książka z dzieciństwa to…

Ulubiona
książka własnego autorstwa to…
Na dzień dzisiejszy to jest powieść
„Transplantacja”, która powinna się ukazać w kwietniu przyszłego roku. Mogę
jedynie zdradzić, że mój bohater byłby wspaniałym kolegą profesora Religi, choć
jego podejście do przeszczepów jest ciut inne. :) Jest to pierwsza powieść, kiedy byłem zmuszony
zwrócić się o konsultacje do specjalistów z dziedziny medycyny. Jeśli chodzi o
ulubioną książkę z już wydanych, to na pierwszym miejscu stawiam „UT”. Powieść
ukazała się w 2012 roku i przemknęła niczym meteor, prawie niezauważona, a
szkoda. Mam jednak nadzieję, że jak gwiazda betlejemska jeszcze powróci. Inspiracją
do jej powstania była moja wyprawa do Toskanii. Wtedy narodził się pomysł, żeby
mały podupadły toskański hotelik stał się niemym świadkiem wielu ciekawych wydarzeń.
To
może jeszcze ulubiony film.
Film to jest temat rzeka. Trudno jest mi wskazać
ulubiony film. Lubię oglądać wszystkie gatunki, od komedii po dramaty
psychologiczne. Cenię świetny pomysł, realizację, grę aktorską, no i oczywiście
muzykę wciąż traktowaną po macoszemu w polskim kinie. Te wszystkie składniki
tworzą film, a jeśli są świetne, to wtedy powstaje arcydzieło. Wymienię kilka
filmów, które wywarły na mnie duże wrażenie. Pierwszy z nich to „Odyseja
kosmiczna 2001”. Pamiętam, że pierwszy raz oglądałem ją w kinie. Bezpośrednio
po jej obejrzeniu byłem bardzo zawiedziony, uważałem że głupio wydałem
pieniądze kupując bilet i zmarnowałem czas. Kiedy wróciłem do domu wciąż
myślałem o filmie, w nocy nie mogłem zasnąć, a rano stwierdziłem, że to był
najlepszy film jaki dotąd widziałem. Taka metamorfoza nie przytrafiła mi się
nigdy więcej. Przy okazji trudno nie wspomnieć o „Gwiezdnych Wojnach”, Obcym,
komediach z Louisem de Funesem, czy filmach Polańskiego. Z polskich filmów
bardzo lubię „Dzień świra”, filmy Barei i jeszcze kilka kultowych pozycji.
Pyta
Pan retorycznie: „Jak walczyć z przyjemnymi nałogami?”. No właśnie – jak?
Ja wiem, jak z nimi walczyć. Kiedyś byłem
palaczem, ale to już historia i to od lat. Trzeba dokonać wyboru między
krótszym, a dłuższym życiem. Kiedy jest się młodym, o tym się nie myśli, ale z
wiekiem sytuacja diametralnie zaczyna się zmieniać, zaczynamy bardziej cenić
zdrowie i życie. Sama walka z przyjemnym nałogiem może być ciekawa, bo to
zawsze jest wielkie wyzwanie, próba charakteru. Oczywiście mówiłem o
szkodliwych nałogach, bo są i takie, które aż tak nam zdrowia nie rujnują.
Wtedy może nie warto z nimi walczyć? :)
Jest
Pan autorem kilku książek. Dlaczego „Mężczyznę” postanowił Pan wydać pod
pseudonimem, skoro wcześniejsze pozycje wydane są pod Pańskim nazwiskiem?
Pisarz ma ten przywilej, że może kilka razy
debiutować, oczywiście żartuję. Od lat wciąż analizuję specyfikę polskiego
rynku i nie tylko księgarskiego. Polacy często z większą chęcią sięgają po obce
wyroby, nie mają zaufania do swoich producentów, twórców. To źle, ale ja tego
nie zmienię. Tę teorię potwierdzają niektóre komentarze pod recenzjami
„Mężczyzny z tatuażem” w których internauci szczerze wyznali, że do sięgnięcia
po książkę skłoniło ich obco brzmiące nazwisko, że po powieść sensacyjną
polskiego pisarza nigdy by nie sięgnęli. Inną sprawą jest gatunek literacki tak
odmienny od moich pozostałych książek. Jack Sharp pisze powieści sensacyjne, a
Jacek Ostrowski pozostałe.
O sobie
mówię, że jestem „kocią mamą”. Wiem, że Pan hoduje psy. Jest Pan takim „psim
tatą”?
Raczej jestem ojczymem. Nie poświęcam im tyle
czasu, na ile zasługują i mam z tego powodu duże wyrzuty sumienia. Mam nadzieję,
że w niedalekiej przyszłości poprawię się.
Co
skłoniło Pana do napisania „Mężczyzny z tatuażem”? Wiem, że to jedyny Pański
utwór w tych „klimatach”.
Jak już wcześniej wspomniałem to była chęć
spróbowania czegoś innego. Czytając opinie na temat powieści można stwierdzić,
że mi się to udało. Jednak nie wiem, czy Jack Sharp napisze następną książkę.
Być może jakaś Jadwiga Goździk napisze „Miłość nad przepaścią”? Kto wie. :) Na dzień
dzisiejszy powraca Jacek Ostrowski z nową powieścią „Transplantacja”, a co będzie
za rok, to sam nie wiem.
Co
myśli Pan o współczesnej polskiej literaturze? Jak widzi jej rozwój w
najbliższych latach? Będzie dobrze, czy nie?

Dziękuję
bardzo.
Zapraszam serdecznie do zapoznania
się z recenzją „Mężczyzny z tatuażem” na Dune Fairytales:
Subskrybuj:
Posty (Atom)